W życiu czasem jest jak na ringu. Sami siebie nawzajem napędzamy do ciągłej walki i rywalizacji. Tylko po co? – zastanawia się “Socjolożka na zakupach”.

Czasami bywa to męczące i wyniszczające dla nas samych, jak również dla otoczenia. Najgorzej jest jak zaatakuje bliską relację dwojga ludzi. Współzawodnictwo może mieć jednak również dobre strony, ale pod jednym warunkiem –wygrana nie może być za wszelka cenę- zauważa “Socjolożka”.

Walka o dominację to znak naszych czasów. Rywalizujemy ze sobą już od najmłodszych lat. W szkole o oceny, uwagę wychowawczyni, sympatię koleżanki bądź kolegi.

W życiu dorosłym najczęściej współzawodniczymy w pracy. Chcemy być bardziej doceniani przez szefa, więcej zarabiać , czy też szybciej awansować.

– „Jesteśmy uzależnieni od rywalizacji. Boleśnie doświadczamy tego w momencie, w którym rzeczy, zdarzenia, osiągnięcia nie cieszą już same w sobie. W taki momencie np. mieszkanie już nie cieszy samo w sobie, lecz dlatego że jest lepsze od mieszkania sąsiadów. To, że spełnia oczekiwania właścicieli, że jest dla nich w sam raz, przestaje wystarczać – uzależnienie od rywalizacji sprawia, że mieszkanie zaczyna służyć pokazaniu własnej dominacji, tego że jest się lepszym” – (http://sfd.kuria.lublin.pl/…/katechezy-formacyj…/2856-rerewr)

Coraz bardziej ta choroba XXI wieku wkrada się w związki dwojga ludzi. I to co jest przydatne w rozsądnych dawkach w życiu zawodowym, w związkach może zakończyć się tragicznie.

Współczesna kobieta pragnie być lepsza od mężczyzny i udaje się jej to – więcej zarabia, piastuje lepsze stanowiska. Dla większości mężczyzn to trudna do przełknięcia pigułka.
Bądź jest na odwrót – mąż staje się w domu gościem, bo wiecznie jest gdzieś
w delegacji, a kobieta musi zająć się domem . Taka sytuacja też nie sprzyja szczęściu małżeńskiemu i staje się źródłem nieporozumień i spięć na linii- ja zarabiam, a ty zajmujesz się tylko domem.

Poza tym nawet jeśli w związku się układa, to też nie świadczy do końca, że wszystko jest w porządku. -„Praca, zdrowie, znajomości, dzieci by cieszyć muszą być lepsze. W przeciwnym razie są powodem goryczy i rozczarowania. Goryczy prowadzącej do zazdrości, zawiści, zemsty. Jeśli trudno być w czymś lepszym, można przynajmniej pocieszać się myślą, że inni mają lepiej, bo wykorzystali, ukradli, załatwili, mieli szczęście, a w dodatku – miejmy nadzieję – to ich „nieuczciwe” szczęście skończy się szybciej niż nasze.”- ( http://sfd.kuria.lublin.pl/…/katechezy-formacyj…/2856-rerewr)

Czy w związku z tym współzawodnictwo rodzi tylko negatywne emocje, psuje atmosferę w domu, w pracy i niewiele miejsca zostawia na ciepłe relacje?

Ależ oczywiście, że nie.

Zdrowa rywalizacja od niezdrowej różni się tym, że ma na celu rozwój, a nie niszczenie drugiej osoby. Chcemy być lepsi, ale nie za wszelką cenę, czyli nie niszcząc przy tym męża, żony , chłopaka, dziewczyny, koleżanki czy też kolegi z pracy. Mamy się motywować nawzajem. Przecież wiele osiągnięć to wynik rywalizacji , ścierania się różnych podejść i poglądów. To właśnie współzawodnictwo podnosi energię i daje też radość, ale dodam to jeszcze raz nie niszcząc drugiej osoby!

Fot. pixabay.com